Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Konrad Bielski jako współtwórca lubelskiego ruchu literackiego w dwudziestoleciu międzywojennym

Konrad Bielski jako współtwórca lubelskiego ruchu literackiego
w dwudziestoleciu międzywojennym

         Zrealizowano w ramach stypendium z budżetu Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego


 

            Historia niejednokrotnie narzucała Lublinowi i Lubelszczyźnie niepoślednią rolę. Przed odzyskaniem państwowości w 1918 przez ten region przetoczył się najsilniejszy ruch niepodległościowy. To właśnie w Lublinie możliwe było utworzenie Tymczasowego Rządu Ludowego Ignacego Daszyńskiego, ponieważ tutaj były najliczniejsze oddziały Polskiej Organizacji Wojskowej. Ten czas nie sprzyjał rozwojowi twórczości. Dopiero 1921 rok przyniósł Lubelszczyźnie stabilizację.

Lubelskie środowisko literackie zamarło jeszcze przed pierwszą wojną światową, istniała właściwie tylko poezja legionowa. Przedstawicielem tego okresu jest zapomniany już dzisiaj Józef Korczak, który zginął w 1920 r. w wieku dwudziestu dziewięciu lat. W międzywojniu tworzyła jeszcze Franciszka Arnsztajnowa, a obok niej, pierwszy poeta w niepodległym Lublinie, Tadeusz Bocheński, nauczyciel łaciny
Gimnazjum im. Stanisława Staszica, także tłumacz, który już w 1919 roku wydał dwie książki: Poezje i Poezyj serię drugą.[1]

Na tym tle dość ważnym wydarzeniem było ukazanie się już w 1920 roku trzech numerów „Młodzieży”, pisma młodzieży szkolnej, redagowanej przez gimnazjalistów: Konrada Bielskiego, Wacława Gralewskiego i Czesława Bobrowskiego. Tworzenie pisma przerwała im nie tylko zachowawczość i upolitycznienie ówczesnych władz szkolnych, ale i wojna 1920 roku.

W tym samym czasie zasłynął skandalami literackimi Kazimierz Andrzej Jaworski, starszy kolega i zarazem niedoszły korepetytor Konrada Bielskiego, wówczas już student Uniwersytetu Lubelskiego. Pierwszego stycznia 1920 r. wystąpił
z własnym wieczorem poetyckim w Sali Towarzystwa Muzycznego w Lublinie. Utwory, jakie wówczas wygłosił, zostały ostro potraktowane przez lubelską prasę[2].

W pierwszym dziesięcioleciu wolnej Polski ogłaszano nowe prądy, nowe style
i mody, presja nowoczesności była widoczna w każdej dziedzinie życia. Niezwykła euforia ogarniała wszystkie warstwy społeczne i przenikała życie kulturalne. Atmosfera gwałtownego przyspieszenia, nieustanna aktywność i „bycie na bieżąco” tworzyły klimat oszałamiającej prędkości w kulturze międzywojnia. Powstawały czasopisma, programy i manifesty artystyczne. Ton nadawali młodzi[3].                              

Podobnie działo się w Lublinie, głównie dzięki młodym w latach dwudziestych
i trzydziestych dwudziestego wieku miasto stało się terenem ożywionej działalności literackiej. Współczesne terminy: „szkoła lubelska”, „awangarda lubelska”, „krąg Czechowicza”, „grupa Reflektora” funkcjonują w historii literatury jako nazewnictwo tego fenomenu literackiego. Inicjatorami nowatorskiego ruchu byli przede wszystkim: Konrad Bielski i Wacław Gralewski. Później dołączył do nich Józef Czechowicz, Stanisław Grędziński i inni.

Nowatorskie tendencje objęły przede wszystkim poezję. Dwa główne nurty stanowili skamandryci i awangarda, która w Polsce międzywojennej uformowała nowe oblicze literatury. W kręgu awangardy znajdowali się: ekspresjoniści, futuryści, awangarda krakowska oraz tak zwana „druga awangarda”, którą tworzyły dwa ośrodki: wileńscy żagaryści i awangarda lubelska.[4]

Głównym kryterium przynależności do awangardy lubelskiej w opracowaniach międzywojennych przyjmowany był składnik emocjonalno-biograficzny, przywiązanie do Lublina jako miejsca pochodzenia i centrum działania. Była ona w porównaniu
z awangardą wileńską zjawiskiem mniej jednolitym, bez czytelnego programu, jednak
o wielu indywidualnościach.

Zrąb pierwszej fali awangardy w Lublinie tworzyli poeci: Konrad Bielski, Józef Czechowicz, Wacław Gralewski (także prozaik, publicysta, dziennikarz), Stanisław Grędziński oraz Czesław Bobrowski, teoretyk i krytyk. To oni tworzyli pismo i grupę, które stały się ważnym ogniwem poetyckiego nowatorskiego ruchu w kraju.[5]

W różnych okresach i przez różnych krytyków, przeważnie przy omawianiu tak zwanej „szkoły Czechowicza” lub jego okresu warszawskiego, do awangardy lubelskiej zaliczani są oprócz Konrada Bielskiego także: Henryk Domiński, Wacław Iwaniuk, Czesław Janczarski, Józef Łobodowski, Bronisław Ludwik Michalski, Wacław Mrozowski, Jan Piętak, Jerzy Pleśniarowicz, Władysław Podstawka, Józef Stachowski, Jan Śpiewak, Artur Rzeczyca.[6]

Z ziemi lubelskiej wywodził Stanisław Ciesielczuk, członek Kwadrygi, przez niektórych historyków literatury zaliczanej do drugiej awangardy i nazywanej „awangardą warszawską”[7]. Do grupy tej Jan Szczawiej zalicza również Zygmunta Łotockiego, związanego z Lubelszczyzną miejscem urodzenia (Włodawa) i nauki (Biała Podlaska), poetę i wielokrotnego mistrza Polski w łucznictwie.[8]

Ruch literacki w Lublinie rozwinął się stosunkowo wcześnie, niespełna rok po nieudanej próbie wydawania szkolnego pisma grupa studentów Uniwersytetu Lubelskiego, wśród nich także twórcy „Młodzieży”: Konrad Bielski i Wacław Gralewski, postanowiła wydać własne pismo literackie. Bielski wspomina: grupa była nieliczna, kilkuosobowa, lecz o dużych ambicjach i bardzo pewna siebie.[9]

Wacław Gralewski genezę powstania pisma rozwija od przyjaźni z Janem Lipką, Stanisławem Zakrzewskim i Tadeuszem Jaworowskim, która zrodziła się
w warszawskiej Szkole Podchorążych i utrwalała się również po wojsku. Wszyscy studiowali prawo w Lublinie. Wówczas powstała myśl wydania periodyku. Tytuł zaproponował Gralewski, zainspirowany twórczością Przybyszewskiego, a przede wszystkim Luciferem Tadeusza Micińskiego. Filarami poetyckimi byli: Bielski
i Gralewski. Zakrzewski zajął się publicystyką. Lipka nawiązał kontakt z literatem francuskim, redaktorem „La vie dea lettres”, Nicolasem Beauduin’em i uzyskał zapewnienie o wzajemnej wymianie i druku zamieszczanych tekstów. Natomiast Jaworowski namówił początkującego malarza Jana Wydrę, którym opiekowała się jego rodzina, na zaprojektowanie okładki. Przedsięwzięcie zrealizował Stanisław Wójcik[10], współwłaściciel drukarni Udziałowej, który zdecydował się drukować czasopismo na kredyt i w części pokrywał koszt jego wydania. Do tego grona dołączyła Dziewanna Włodarska, również studentka Uniwersytetu Lubelskiego, która pracowała wówczas
w „Ziemi Lubelskiej” i została redaktorem odpowiedzialnym przedsięwzięcia.[11]

Pierwszy numer „Lucifera” o podtytule „miesięcznik literacki” ukazał się
w grudniu1921 roku. Gralewski pisze, że wywoływał zainteresowanie zanim jeszcze został wydrukowany. W drukarni zjawił się referent prasowy starostwa p. Rutkowski (nawiasem mówiąc student prawa, a więc też kolega) i poprosił o okazanie rękopisów. Wójcik jednak nie udostępnił mu materiałów, a przewidując problemy, po wydrukowaniu ukrył około sto egzemplarzy.[12]

(więcej…)

Zarys biografii Konrada Bielskiego

 Zarys biografii Konrada Bielskiego

Zrealizowano w ramach stypendium  z budżetu Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

 

Konrad Bielski urodził się 11 stycznia 1902 w Piatydniach na Wołyniu jako najstarszy syn Tadeusza i Bronisławy z Iżyckich. Do wybuchu I wojny światowej mieszkał z rodziną pod Włodzimierzem Wołyńskim. Naukę pobierał w domu po polsku, rodzice nie chcieli posyłać syna do szkoły rosyjskiej, uczyła go ciotka. Corocznie, późną wiosną, składał egzamin w Szkole Lubelskiej, ostatni zdał w 1914 roku.[1]

Szkołę Lubelską założono po strajku szkolnym 6 września 1906 roku. Była jedną z trzech szkół prywatnych w Lublinie, które powstały po rewolucji, ale jeszcze
w okresie niewoli. Utrzymywana była ofiarnym wysiłkiem społeczeństwa i odegrała doniosłą rolę nie tylko w krzewieniu oświaty, ale także w rozbudzaniu patriotyzmu
i tożsamości narodowej wśród młodzieży. Przy szkole działały ideowo-wychowawcze organizacje, takie jak: Harcerstwo, Organizacja Młodzieży Narodowej Szkół Średnich, która składała się z OMN oraz organizacji kierowniczej „Przyszłość” („Pet”), Wojskowa Kadra Szkolna i Polska Organizacja Wojskowa, które budziły ducha niepodległości, oporu i walki czynnej. Wśród uczniów tej szkoły byli harcerze, legioniści, peowiacy i kadrowiacy; ponad stu pięćdziesięciu wychowanków brało udział w wojnie 1920 roku, wielu służyło także w formacjach przyfrontowych. W walkach legionowych i w czasie wojny z bolszewikami trzydziestu dwóch uczniów poniosło śmierć.[2] Absolwentami tej szkoły byli także dwaj bracia Konrada Bielskiego; jego przyjaciel i późniejszy współtwórca szopek politycznych, harcerz, legionista i peowiak Jan Arnsztajn, syn poetki Franciszki Arnsztajnowej; starszy brat Józefa Czechowicza, Stanisław, również legionista i peowiak; cytowany w tej pracy Czesław Bobrowski, kadrowiak i peowiak; współtwórca Związku Literatów w Lublinie, teoretyk literatury
dr Feliks Araszkiewicz, który był nauczycielem w tej szkole, a później wizytatorem Kuratorium Okręgu Szkolnego Lubelskiego, również harcerz i peowiak oraz Stanisław Magierki, harcerz, późniejszy zastępca Szefa Biura Informacji i Propagandy Okręgu Lubelskiego Armii Krajowej, wszechstronnie uzdolniony, autor wielu piosenek partyzanckich, miedzy innymi: Kołysanki leśnej, Serca w plecaku. Wszyscy wyżej wymienieni znacząco wpisali się w życie kulturalne i historię Lublina.

Szkoła od września 1934 roku zmieniła nazwę na Prywatna Męska Szkoła Średnia Ogólnokształcąca im. Stefana Batorego, a od 4 stycznia 1935 na Prywatne Męskie Gimnazjum im. Stefana Batorego w Lublinie.[3]

W latach 1907-1930 dyrektorem tej szkoły był Józef Arlitewicz, matematyk spokrewniony z rodziną Bielskich; cieszył się autorytetem i sympatią zarówno uczniów, którzy nazywali go „Ciołkiem”, od nazwiska słynnego matematyka Erazma, jak
i dorosłych lublinian. Był człowiekiem o wszechstronnych zainteresowaniach, ogromnym poczuciu humoru i niepospolitej wiedzy, Konrad Bielski w swoich wspomnieniach nazywa go „chodzącą encyklopedią”, a tamte lata i Lublin wzruszająco wspomina:

Były to najsilniejsze wrażenia i przeżycia mego dzieciństwa związane oczywiście z Lublinem. Moja dokładna i szczegółowa znajomość miasta, pamiątek
i zabytków, ulic i zaułków, a także jego historii, datuje się od tych czasów. Ówczesny Lublin był miastem ładnym, lecz bardzo cichym i nieruchomym. Posiadał olbrzymie
i bogate zaplecze rolnicze i minimalny, na tym zapleczu oparty, przemysł. Śliczne stare miasto, zaczątek nowego i duże, brudne przedmieścia, zamieszkałe przeważnie przez biedotę polską i żydowską. Kilkanaście okazałych starożytnych kościołów, teatr, dwie kawiarnie, które przetrwały do dnia dzisiejszego, i zmieniwszy jeno nazwę są nadal ulubionym miejscem spotkań lubliniaków.

Tak, ale dla mnie, chłopca przybyłego z dalekich kresów, był to ekstrakt wielkomiejskości. Wszystko mi się podobało, wszystko mnie ciekawiło. Skoro po pomyślnie zdanym egzaminie i otrzymaniu świadectwa rozpoczęła się „część nieoficjalna”, rozkoszy miałem co niemiara. A więc czekolada i lody w cukierni Rutkowskiego, lokalu, w którym do dziś dnia piję kawę i spotykam się ze znajomymi,
a później pasjonujące zwiedzanie miasta. Ponieważ miałem uprzednio przygotowanie
w postaci książek, nie
darowałem niczemu. Wszystko chciałem zobaczyć i poznać. Było o czym całą zimę opowiadać w domu młodszym braciom i w ogóle każdemu, kto chciał słuchać.[4]

W 1915 roku Bielscy, po pożarze domu, przenieśli się do Żytomierza, tam Konrad rozpoczął naukę w Gimnazjum Macierzy Polskiej im. Tadeusza Czackiego.
O tym, jak trudne było życie, a nawet zachowanie go w tych czasach, Konrad Bielski pisze: W roku 1919 miałem lat 17, mieszkałem wraz z rodziną w Żytomierzu. Ukraina podówczas przypominała krater wulkanu. Ewolucja, kontrrewolucja, bitwy i rzezie, prześladowania i pogromy, ciągła zmiana scenerii walki o władzę. Jak w potwornym kalejdoskopie (…). Celem wszystkich było wydostać się ze stale oblężonego miasta,
z kraju objętego pożogą wojny domowej, do wolnej już Polski. Nie było to ani proste ani łatwe. Od swoich odgradzała nas linia frontu
(…) w mieście panował głód.
W samym sercu mlekiem i miodem płynącej Ukrainy nie mieliśmy co jeść.

Na koniec przyszła potworna epidemia, hiszpanka o niesłychanej zjadliwości. Ludzie marli codziennie setkami. (…)  Pierwszy i jedyny raz w moim życiu widziałem obrazy i sceny jak ze średniowiecznych sztychów, z czasów morowej zarazy. Nocne pogrzeby we wspólnych dołach, zwłoki przeważnie bez trumien, półnagie, zeszpecone. Niektóre domy całkowicie wymarłe, z zabitymi oknami, drzwiami. Potajemne modły
– obiaty i zaklęcia. Płacze, zawodzenie, lamenty. Byli oczywiście tacy, którzy słyszeli na własne uszy wyjące na cmentarzach siromachy
.[5]

(więcej…)

Moje przemyślenia dotyczące wydarzeń pod Smoleńskiem

Tragedia pod Smoleńskiem

Sobota godzina ósma pięćdziesiąt sześć
Niebo nad lądowiskiem jak lustro pęka
Odłamki błękitu okaleczają Polskę

Cóż w Tobie jest Matko nasza Ojczyzno
że jak Mesjasz narodów w Golgocie trwasz
symbole tragiczne tworzysz światem wstrząsasz

Co w Tobie jest że tak często bywasz celem
świadkiem środkiem i narzędziem Pieczęć przekleństwa
jak strup na obrzmiałej ranie dźwigasz cierpliwie

Wydarto kawał Twego ciała a dzisiaj dla wielu
nie jest ważne czy los to sprawił czy człowiek
Krew z tej rany podobno ma wzmocnić serca

w bólu zjednoczyć śpiący naród ocucić
Dziewięćdziesiąt sześć istnień i zmartwychwstała
prawda – Katyń na ustach narodów Ziemi

12.04.2010

10 kwietnia 2010 roku

Osierocone krzesła w Katyniu są jak
puste ramiona matki po utracie dziecka
– nic ich nie wypełni Kraj cierpi podobnie

jak człowiek Polsko trwaj godnie ucz narody
jak kruszyć grube tafle kłamstw ułudę rozprosz

Niech świat współczesny wstrzyma oddech przystanie
- ludzie w milczeniu czczą zmarłych nie klaszczą
Kiedyś mgła bielmo utraci a czas zawróci

Po ofiarach Katynia mogły pozostać tylko
guziki Po katastrofie pod Smoleńskiem
puste krzesła krzyczą o naszą pamięć

13. 04. 2010

Po katastrofie 10 kwietnia

Polsko – córo Tantala – Tobie nie pozwolą
zerwać owoców z drzewa wolności które
Ty pierwsza zasadziłaś wśród narodów świata

Ani też napić się ze źródła z którego
inni czerpią do woli bez opamiętania
Rozzłościłaś przebiegłych bogów swoją dumą
siłą umysłów swoich dzieci i ich ducha

Fałszywie oskarżana i upokarzana
ośmieszana wykorzystywana zdradzana
Moja biedna Patrio – Niobe Europy – trwaj!

3. 05. 2010

Tragedia pod Smoleńskiem

Tragedia pod Smoleńskiem ma wiele wymiarów. Przede wszystkim dramatyczny wymiar ludzki. Dotyczy osób, które zginęły w katastrofie i bólu ich rodzin. Drugim wymiarem jest dramat Polski. Przepaści, która powstała po odejściu tak wielu najważniejszych osób z elity władzy, wojska, środowisk politycznych i innych, nie da się całkowicie i prędko zapełnić, choćby ze względu na ich osobowości, wybitne znaczenie, potencjał i funkcje, jakie pełnili w kraju. Ta tragedia jest także przypomnieniem, że trwająca od wielu wieków Golgota Polski trwa nadal.
Rozmiar tej tragedii jest niewiarygodnie wielki i nabiera wymiaru eschatologicznego. Zwraca uwagę na ulotność ludzkiego życia, na banalność i nieważność wszelkich sporów, poglądów politycznych, podziałów, które są tylko jakimś indywidualnym umeblowaniem, czy okryciem. Ubraniem, dekoracją, które nie mają znaczenia w obliczu tajemnicy życia ludzkiego. Uchyla drzwi do uniwersalnego wymiaru, więzi z drugim człowiekiem, z Absolutem.
Symboliczne znaczenie tej tragedii w zestawieniu z Katyniem, ze świętem Miłosierdzia Bożego jest zauważalne i …. niepojęte. Wymowa tych symboli wymaga głębszego rozważenia.
Polska ze swoim bólem znowu jest obecna w świecie, znowu świat zadziwia i nim wstrząsa. Niewiarygodne, ale właśnie poprzez ten koszmar, Polska znowu wskazuje światu ponadczasowe wartości, pokazuje co jest dla człowieka najważniejsze. Zatrzymuje świat na chwilę, wstrzymuje kryzysy i wszelkie inne wydarzenia, daje refleksje i lekcje duchowości. Wszyscy jesteśmy dziećmi, jeśli nie Boga, czy Wszechświata, to – Ziemi. Wszystkich nas czeka śmierć, a w jej obliczu nie ważne są wartości materialne, zgromadzone przedmioty, poglądy i wszelkiego rodzaju wojny prowadzone dla korzyści. Tak samo umiera bogaty, jak i biedny, głupi i mądry, biały i czarny, chrześcijanin i muzułmanin, Chińczyk, Polak, czy inny mieszkaniec Ziemi.
Ta tragedia w wymiarze uniwersalnym pokazuje nam – ludziom nasze miejsce na wspólnej planecie.
Czy nauczy nas czegoś, czy wyciągniemy właściwe wnioski?

Lublin nie chce wydać Grześkowiaka

Lublin nie chce wydać Grześkowiaka….
kilka osób zainteresowanych losami “Obszczymurków” Kazimierza Grześkowiaka informuję, że nie otrzymałam od Miasta Lublin dotacji na wydanie tej powieści. Już nawet nie chce mi się komentować tego grajdołka, jakim jest niestety moje rodzinne miasto. Z nieoficjalnych źródeł dowiedziałam się, że m.in. nie podobał się tytuł, że niby wulgarny, niekulturalny. Państwo z komisji przyznającej dotacje nawet nie wiedzą, że słowo “obszczymurki” jest tylko kolokwializmem, potocznym określeniem pijaczka. Cóż, Lublin tworzy swoja kulturę, obydwa związki twórcze nie otrzymują dotacji na indywidualne książki, ZLP nie otrzymał dotacji na spotkania autorskie, wynika z tego, że nie są potrzebne. A jednak przeciętny Lublinianin nie potrafi wymienić nazwisk pięciu lubelskich pisarzy czy literatów. Przeciętny student, nawet kulturoznawstwa, również ich nie zna. Ogólną paranoję dopełnia fakt przyznawania olbrzymich sum na warsztaty literackie, imprezę “Miasto Poezji” i spotkania literackie innym instytucjom, ogólnie zajmującymi się kulturą i na dodatek dotowanym (etaty, opłaty za lokal, wszystkie media) przez Miasto. Instytucje skupiające literatów i pisarzy, profesjonalnie zajmujące się literaturą są ignorowane. Nie otrzymują nic, względnie bardzo skąpe dotacje. Stale im się wmawia, że są niepotrzebnym balastem kulturowym. A one utrzymują się wyłącznie ze składek swoich członków i z tego muszą opłacać lokal itp. Ponadto ludzie pracujący na rzecz tych stowarzyszeń czynią to społecznie – nieodpłatnie. Według mojej logiki, to właśnie te profesjonalne, działające społecznie organizacje powinny być szczodrze dotowane? A może nie mam racji, może właśnie zasługują na takie traktowanie właśnie z powodu pracy bez wynagrodzenia? Może już tak spodleliśmy, że ludzi pracujących charytatywnie, na rzecz innych społeczeństwo traktuje bez szacunku, jak dziwolągów?
W dzisiejszej prasie przeczytałam o “wydarzeniu kulturalnym”, jakim była inscenizacja żydowskiego ślubu i wesela w Rynku Starego Miasta. Ten niby projekt kulturalny przygotowała grupa studentów Animacji Kultury UMCS. Jestem chyba głupia, ale nie rozumiem czemu to ma służyć. Coraz częściej w Lublinie pokazuje się i nawiązuje tylko do jednej kultury – żydowskiej, a organizatorzy tych wydarzeń podkreślają, że nasze miasto jest tyglem narodów. Pytam więc, gdzie są te inne narody? Dlaczego nie pokazuje się kultury romskiej, ukraińskiej, białoruskiej, tatarskiej, tureckiej, itp. w takim samym stopniu? A może warto byłoby przypominać, a śmiem nawet twierdzić, że jest to obowiązkiem, zapomniane, kultury Łemków, czy Bojków

literaci i pisarze

urszulagierszon.cba.pl Niedawno znajoma, która po blisko trzydziestu latach powróciła do Polski, zapytała mnie czym się różnią literaci od pisarzy? Literat jest chudy, pisarz ma brzuszek… – zaczęłam odpowiedź. – Nie wygłupiaj
się! – usłyszałam – ja na poważnie. Kiedy jej wytłumaczyłam całą polityczna zawiłośc podziału, jej zdziwienie było wielkie. – To jak to? – dopytywała się – 56 ich nie podzielił, w 71 zostali, w 76 także, dopiero 83, właściwie już po wszystkim… bo można było… bez narażania się!!!

- Właściwie to tak wyglada – odpowiedziałam.

-To po co ty do nich należysz? Jedni i drudzy to ludzie bez kręgosłupa – bardziej stwierdziła, niż zapytała.
(więcej…)

Z tomu “Adagio”

Piosenka dla Sponsora

Dajcie pieniądze poetom tym duchom zawsze

bez grosza A oni wam za to w podzięce

napiszą donos na życie Nie kładźcie schabu

bez kości i wierszy na jednej szali Słowa

- ich lekkie ptaki krwią skropione lamowane

goryczą – głodnych nie nakarmią i nagich nie

odzieją lecz wypełnią… ogrzeją… ogrzeją

Kupujcie ludzie wiersze gdy chleba wam

brakuje Nie bójcie się słów poety Nie ważne

jest jego nazwisko W czterech ścianach białej

kartki miłość swoją zamyka – to ciało

z jego ciała Dzisiaj sprzedaje siebie na targu

chociaż wolałby rozdawać kruszyny słowa

jak chleb [powszedni lub mannę rozrzucać

U drzwi Twoich stoję i ja Panie Sponsorze

nie wstydzę się swojej prośby Nie jestem

w zakonie żebraczym i nie chcę niczego dla

siebie Twoje pieniądze są bardzo potrzebne

moim wierszom… do życia… do życia

(więcej…)

Po co te kłamstwa?

prawdaCodziennie nasze publikatory wmawiają nam jakąś cechę narodową, o którą sami, – jako nacja – nie podejrzewaliśmy się nigdy. Dowiadujemy się w serwusach informacyjnych, że jesteśmy na końcu jakiejś statystycznej listy z różnych powodów. Przy okazji przeforsowania złodziejskiej ustawy emerytalnej (obowiązkowe fundusze OFE sa właściwie podatkiem lub haraczem – płacimy, a nie możemy wycofać lub dzidziczyć) wmawia nam się, że jesteśmy kretyńskimi analfabetami, którzy nie potrafiliby zainwestować samodzielnie i zarobić na emerytury. Wmawia nam się, że to zgodnie z zasadami demokracji nie możemy dysponować swoimi składkami gromadzonymi przez całe życie i nie możemy zrezygnować z tej składki, ponieważ jest pzrymusowa!!!

Przed wprowadzeniem ogłupiajacego systemu szkolnego wmawiano nam publicznie, że Polacy są gorzej wykształceni od Europejczyków, dużo sie mówiło o niskim poziomie szkolnictwa w naszym kraju w porównaniu do świata i Europy. Po kilku latach działania tego systemu widać jakie braki w edukacji mają dzieci we wszystkich szczeblach oświaty, w porównaniu z ich starszymi kolegami. Nagle odkrywamy, że przeciętny Europejczyk, czy Amerykanin jest znacznie gorzej wykształcony od przecietnego rówieśnika – Polaka.

Przeciętna Polka nie chodzi do ginekologa, nie wie czym jest mamografia, rak szyjki macicy itp. bzdury.

Przykłady można mnożyć. Zastanawiam się po co ta cała heca z wmawianiem Polakom najpodlejszego kłamstwa, że są najgorsi na świecie.

Z tomu “Ziarno ruty rzucam w ogień”

Wspólne tchnienie

Ogrodzeni jak bydło aby nie weszło w szkodę
alfą i omegą skrawkiem tego czasu

kombinacją cyfr Własnym imieniem zaklęci
w labiryncie ścieżek błądzimy często a Ty…

Jak światło jesteś wszędzie na zewnątrz i wewnątrz
mnie i jak pęcherzyk powietrza w żyłach
dochodzisz do serca Jednak mam zawsze wybór

Życie albo śmierć – jak w ruletce – czarne czy
czerwone? Mój oddech nie należy tylko do mnie

XXX

Słońce w ramionach pajęczyny utkanej
na gałęzi drzewa Błyszczące ostrza kłują

srebrną strukturę nici – każde włókno drży jak
nerw To moja przestrzeń moje życie – życie

w ogóle Pracochłonne i delikatne
Niebezpiecznie nietrwałe splątane i proste

Szpetne w dzień pochmurny lecz niewiarygodnie
piękne o brzasku w koronkach perłowej rosy

XXX

Coraz trudniej jest mi kochać ludzi księże Janie
bo kiedy śpiesznie kocham wszystkich bez wyboru
później długo i dużo muszę wybaczać

To prawda że prędko odchodzą ale ja wierzę
że ewoluują tak jak topniejący lód

- nie swoją naturę jedynie kształt strukturę
zmienia I tak jak woda nie posiada formy

lecz bezkształtna każdą wypełni Wsiąkająca
w ziemię staje się niczym chociaż wreszcie
użyteczna i jest tym innym istnieniem

również obecna A lód? Cóż jest sobie twardy
i zimny jak wielu ludzi Dopiero zmieniając
stan skupienia naprawdę do życia się budzi
(więcej…)

J. Guz

Rytmem krwi

Jacek Guz w debiutanckim tomiku Geny (Lubelska Oficyna Wydaw. Lublin, 1995), wyróżnionym Nagrodą Młodych im. J. Czechowicza, napisał o sobie, że jest „wiecznym absolwentem szkoły wrażliwości. Sztuka to”- jego zdaniem – „marzenie, doświadczenie, wyobraźnia, intuicja, wariacka pasja wypełniająca puste miejsce między ludźmi, którego nie jest w stanie zapełnić nic innego”.
(więcej…)

Następna strona »